sobota, 7 stycznia 2017

"Komórka", książka vs. film

Nie ma Mistrz szczęścia do ekranizacji swoich powieści, oj nie ma. Jest ono jeszcze mniejsze, gdy sam macza palce w pisaniu scenariusza. Najnowszym tego przykładem jest niestety Komórka, która zabrała mi z życia półtorej godziny. Czas bezpowrotnie stracony, który mogłabym spędzić w znacznie lepszy sposób.
   
Krótko o fabule
Mimo dość dużych rozbieżności między fabułą powieści i filmu (będzie o nich za chwilę), ogólny zarys historii jest ten sam. Clay Riddel wraca właśnie z podróży, która zaowocowała podpisaniem znaczącego kontaktu. W pewnym momencie komórki ludzi wokół niego zaczynają dzwonić, a ci, którzy je odbierają, momentalnie wpadają w amok i rzucają się na osoby wokół siebie. Szaleństwo ogarnia całe miasto, prawdopodobnie nawet cały kraj. Trudno to stwierdzić, bo w jednej chwili wszelka telekomunikacja staje się niemożliwa. Riddel, wraz z przypadkowo poznanym Tomem McCourtem i nastoletnią Alice Maxwell wyrusza w podróż do rodzinnego miasta, gdzie znajduje się jego żona i syn. A jest to droga w prawdziwie dantejskich klimatach.

Ogólne wrażenie, czyli nudy, chaos i drętwy Cusack
Właściwie niewiele dobrego mogę powiedzieć na temat tego filmu. Rozpoczyna się nieźle, ale bardzo szybko staje się nieskładny, mało przejrzysty i miejscami trudny do zrozumienia dla kogoś, kto nie czytał powieściowego pierwowzoru. Pomijając kwestię zmian fabularnych (w końcu film oparty na książce nie musi być jej wierną adaptacją, zwłaszcza że sama książka też arcydziełem nie jest), ta produkcja jest po prostu kiepska. Dlaczego? Po pierwsze, jest chaotyczna i nie wyjaśnia wielu kwestii, jak choćby tego, czym najprawdopodobniej jest Puls, który zmienia ludzi w zombie. Zupełnie pozbawiona sensu wydaje się w nim postać Łachmaniarza w czerwonej bluzie, mimo że w powieści jasno jest powiedziane, kto zacz i po co się pojawia. Po drugie, John Cusack gra jedną miną i ma twarz jak z wosku. Jak się okazuje, znane nazwisko nie gwarantuje dobrej gry aktorskiej. Po trzecie, mimo hord zombie biegających po ekranie, wieje nudą i nawet eliminacja kolejnych bohaterów nie wywołuje większych emocji.

Telefoniczne zombie w akcji.
Książka a film
Jak wspomniałam już wcześniej, film znacząco różni się od książki. Przede wszystkim jest dosyć chaotyczny i nie wyjaśnia wielu kwestii, jak choćby tego, czym najprawdopodobniej jest Puls, który zmienia ludzi w zombie. Zupełnie pozbawiona sensu wydaje się w nim postać Łachmaniarza w czerwonej bluzie, mimo że w powieści jasno jest powiedziane, kto zacz i po co się pojawia.

A tu w akcji główni bohaterowie.

Poniżej przygotowałam zestawienie największych różnic. Uwaga na mnóstwo spoilerów.

Książka
Film
Akcja rozpoczyna się na ulicy, gdy Clay wraca z teczką ze swoimi pracami pod pachą i prezentem dla żony.
Akcja rozpoczyna się na lotnisku w podobnych okolicznościach. O prezencie nic jednak nie wiadomo.
Clay jest wprawdzie w separacji z żoną, ale kocha ją i jest przekonany, że wrócą do siebie.
Trudno powiedzieć coś konkretnego o relacjach między Clayem a jego żoną, z ich rozmowy telefonicznej wynika tylko, że od roku się nie widzieli.
Clay nie ma przy sobie komórki, nie pada więc ofiarą Pulsu, nie może kontaktować się z rodziną.
Clay rozmawia z żoną tuż przed Pulsem, ale komórka nagle się rozładowuje.
Tom jest niepozornym, niewysokim i pulchnym gejem, który na początku sprawia wrażenie słabego i nieporadnego. I jest biały.
Toma gra Samuel L. Jackson, czyli jest wysoki, żylasty i już na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie twardego faceta, któremu lepiej nie wchodzić w drogę. Zmiana koloru skóry jak widać oczywista. O orientacji nic nie wiadomo.
Clay i Tom zajmują się Alice od niemal samego początku, jest jedną z pierwszych osób, które dostrzegł Clay po rozpoczęciu pulsu, gdy jedną z ofiar była jej przyjaciółka.
Alice okazuje się sąsiadką Toma z piętra wyżej. Poznają się, gdy ta wpada zakrwawiona do mieszkania Toma mówiąc, że musiała zabić w obronie własnej  swoją matkę.
Pominięty wątek hotelu i recepcjonisty oraz później spotykanych grup uciekinierów, którzy przeżyli Puls.
Dodany wątek ludzi w metrze oraz przydrożnym brytyjskim barze.
Charles Ardai, dyrektor szkoły, którego na swej drodze poznają bohaterowie, popełnia samobójstwo, zmuszony do tego wpływem tajemniczego Łachmaniarza.
Ardai ginie w wyniku wybuchu samochodu tuż po spaleniu pierwszej hordy telefonicznych zombie.
Alice ginie podczas ataku telefonicznych w przydrożnym barze.
Alice zostaje zastrzelona przez parę zwykłych ludzi, bardziej w wyniku wypadku niż planowanego ataku.
Ciemnoskóry Łachmaniarz pojawiający się w czerwonej bluzie z napisem Harvard najpierw pojawia się w snach tych, którzy nie poddali się Pulsowi, potem Clay i Tom widzą go również na żywo. Stoi on na czele wszystkich telefonicznych.
Postać białego mężczyzny w czerwonej bluzie pojawia się niejako „od czapy” w snach bohaterów. Okazuje się, że Clay niejako przewidział jego pojawienie się już wcześniej – wygląda on jak jedna z postaci w jego komiksie. Nic nie wiadomo, kim jest, po co się pojawia i czego chce.
Z powodu spalenia hordy zombie, pod wpływem Łachmaniarza wszyscy napotkani ludzie traktują Claya i spółkę jako źródło swego nieszczęścia, obwiniając ich o eskalację przemocy.
Wątek ten pominięto.
Clay dociera do swojego domu, gdzie własnoręcznie zabija swoją żonę przemienioną w zombie i znajduje wiadomość od syna.
O tym, że żona zmieniła się w zombie, Clay dowiaduje się z notatki zostawionej przez syna. Potem dostrzega ją w tłumie telefonicznych w Kashwak.
Clay detonuje ciężarówkę w miejscu głównego skupiska telefonicznych, rozbija je i zabija Łachmaniarza. Po wybuchu pozostali przy życiu zombie nie są już agresywni, tylko sprawiają wrażenie opóźnionych w rozwoju. Clay odnajduje syna, który również zmienił się w telefonicznego i wyrusza z nim w dalszą drogę.
Clay teoretycznie robi to samo co w książce, przy czym jego syn okazuje się w pełni zdrowy. Dopiero po chwili staje się jasne, że mężczyźnie tylko się to śni, sam bowiem stał się telefonicznym i podryguje sobie z resztą kumpli w rytm sygnału.

A na koniec, filmowy Łachmaniarz


Niestety, nie mogę polecić Komórki ani jako ekranizacji powieści, ani jako samodzielnej i niezależnej produkcji. Jakby na nią nie spojrzeć, wypada kiepsko i zwyczajnie szkoda tracić na nią czasu i pieniędzy. 

*źródło zdjęć: Filmweb

Spodobał Ci się ten post? Nie przegap kolejnych, będzie mi miło, jeśli mnie polubisz :)
    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...