wtorek, 12 kwietnia 2016

"Prawo do użycia siły" Denis Szabałow

Prawo do użycia siły, Denis Szabałow
Insignis, 2016
Polskie wydanie serii Uniwersum Metro 2033 wzbogaciło się niedawno o nową pozycję, Prawo do użycia siły Denisa Szabołowa, otwierające kolejną – po Diakowie – trylogię w obrębie cyklu. Jak zachęca sam Dmitry Glukhovsky, to „prawdziwie męska powieść […], która jeszcze dalej przesuwa granice postapokaliptycznego świata”. Jako wielka fanka całej serii, nie mogłam nie sięgnąć po nią po takich słowach twórcy całego uniwersum. Jednak teraz, świeżo po lekturze, mam raczej mieszane uczucia.

Z jednej strony, powieść broni się trzema zasadniczymi zaletami. Po pierwsze, po nadmiernie wręcz wyeksploatowanych tunelach metra w różnych miastach, tym razem akcja przenosi się do Schronu zbudowanego przy jednej z głównych rosyjskich fabryk. Nie ma więc tutaj długich wędrówek ciemnymi podziemiami, jest za to duże skupisko ludzi na raczej niezbyt dużej powierzchni, ale za to bardzo dobrze przystosowanej na taką katastrofę. Co więcej, w pobliżu znajduje się placówka wojskowa, dzięki czemu miejscowi nie muszą się nadmiernie martwić o broń i naboje, przynajmniej dopóki mają za nią czym zapłacić.


Drugi plus dotyczy właśnie owej broni. Autor przyznaje w posłowiu, że jako byłemu żołnierzowi, którego hobby są militaria, zawsze brakowało mu w powieściach z Uniwersum Metro 2033 bardziej szczegółowych opisów broni. Uwierał go również fakt, że stalkerzy zawsze chodzili z „kałachami”, a przy opisie skafandrów ochronnych czy masek przeciwgazowych nigdy nie były podane ich szczegóły. Dlatego postanowił to nadrobić samodzielnie, pisząc trylogię o stalkerze Danile i trzeba przyznać, że pod tym względem naprawdę przyłożył się do tematu. Książka jest wypełniona dosyć szczegółowymi informacjami i na pierwszy rzut oka nieznanymi skrótami broni i elementów wojskowego wyposażenia. Osoby niezainteresowane tematem może to nieco odstraszać, ale osobiście traktuję takie poważne podejście do sprawy na plus.

Przede wszystkim jednak spodobał mi się podział fabuły na dwie linie. Wydarzenia dziejące się na bieżąco, czyli misja Daniły badającego tajemnicę pewnej tajemniczej karawany, przeplatane są jego wspomnieniami z wczesnego dzieciństwa. Daje to czytelnikowi możliwość poznania okoliczności powstawania społeczności w Schronie, ustalania hierarchii i zasad, jakie miały w nim obowiązywać przez kolejne lata. To jednocześnie prześledzenie ścieżki, jaką pokonał chłopiec, by spełnić swoje marzenie i zostać stalkerem. Ścieżki niełatwej i wymagającej nie tylko intensywnego treningu, ale również przemyślenia tego, co słuszne, a co nie.

Niestety, w powieści pojawiły się również dwa elementy, które psują to dobre wrażenie i są niczym łyżka dziegciu w słoiku miodu. Nie jestem feministką i nigdy nią nie będę, zdaję sobie też sprawę z tego, że w obliczu takiej katastrofy, z jaką mamy do czynienia w całym uniwersum, to mężczyźni grają pierwsze skrzypce, ale tak maksymalnie patriarchalny, by nie rzec szowinistyczny wizerunek społeczności, jaki serwuje w swojej powieści Szabołow, budzi we mnie jednocześnie irytację i uśmiech politowania. W wizji autora mężczyzna jest wszystkim, panem i władcą, bohaterem, żywicielem rodziny, obrońcą i odkrywcą, kobieta tymczasem zostaje sprowadzona do roli uległej i bezwolnej żony (i to jednej z co najmniej dwóch, bo wielożeństwo jest w Schronie powszechnie praktykowane). Mało tego, nie ma ona prawa do posiadania broni – sprawujący władzę nie przewidują takiej możliwości, jest więc ona siłą rzeczy zmuszona podporządkować się mężczyźnie, by przeżyć. Co ciekawe, ale i absurdalne, kobiety widziane oczami Szabołowa po minimalnych protestach ochoczo wchodzą w swe nowe role. A ja się pytam, serio panie autorze? Komuś chyba wyjątkowo nie w smak emancypacja i nie chce przyjąć do wiadomości, że obowiązkami można się dzielić, a wiele kobiet radzi sobie z bronią.

Co więcej, nie sposób także nie dostrzec tęsknoty bohaterów starszego pokolenia (która niemal równie mocno udziela się młodszym, znającym historię z ich opowieści, a co za tym idzie nasuwa skojarzenie za tęsknotą samego autora) za „starymi, dobrymi czasami” Związku Radzieckiego. Zepsuty, pędzący na przód świat, jaki ich otaczał tuż przed wybuchem i zejściem ludzi do podziemi, był rzeczywistością, w której trudno się odnajdywali, dlatego dzieciom wychowanym w Schronie zaszczepili miłość do starego układu i wyznawanych wówczas wartości.

Elementy te mogą być zupełnie inaczej odbierane w Rosji, podejrzewam, że znajdą tam pewną grupę zwolenników, u nas jednak sprawa wygląda zupełnie inaczej, z tego też względu fragmenty powieści, w których widać tę niezbyt subtelną propagandę, były dla mnie ciężkostrawne. Szkoda, bo kierunek, jaki obrał autor, tj. dosyć wnikliwe spojrzenie na sytuację społeczną, a nie tylko stalkerskie wyprawy na powierzchnię, sam w sobie wart jest uwagi.

Do książki został dołączony dodatek Echo zgasłego świata, czwarty już tom opowiadań napisanych przez polskich fanów serii. Poprzednie – choć nie zawsze równe pod względem poziomu prac - były całkiem niezłe, więc mam nadzieję, że i ten mnie nie rozczaruje. Opinią podzielę się już wkrótce.

A tymczasem wracając do głównej powieści, nie jest ona tak dobra, jak można by się tego spodziewać, naiwność niektórych rozwiązań i przekonania autora zaburzają dobre wrażenie. Z pewnością jest jednak warta uwagi, zwłaszcza jeśli jesteście – podobnie jak ja - fanami uniwersum stworzonego przez Glukhovsky’ego.


Za egzemplarz książki do recenzji serdecznie dziękuję Agencji AIM Media
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Rosyjsko mi".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...