Przejdź do głównej zawartości

"Tańczące martwe dziewczynki" Graham Masterton

Od pierwszego tomu stałam się fanką cyklu o nadkomisarz Katie Maguire i byłam zdania, że to właśnie na thrillerach powinien się skupić autor, bo wychodzą mu znacznie lepiej niż horrory, z których głównie słynie. W ten sposób dotarłam do ósmego już tomu i chyba będę musiała wycofać się z wcześniejszych słów. Tańczące martwe dziewczynki to niestety wyraźny spadek formy Mastertona i znak, że czasem po prostu lepiej szybciej zakończyć daną historię niż narażać się na brak sensownych pomysłów.



Zaczyna się całkiem obiecująco i naprawdę mocnym uderzeniem. W szkole tanecznej w Cork wybucha pożar, w wyniku którego ginie cały zespół, łącznie szesnaścioro młodych tancerzy i ich trener. Wkrótce w budynku zostają znalezione zwłoki dwojga innych osób. Jak się jednak okazuje, zginęli oni jeszcze przed pojawieniem się płomieni. Z tragedii wychodzi cało tylko dziewięcioletnia dziewczynka. Wiele wskazuje na to, że wie, co naprawdę się wówczas wydarzyło, problem w tym, że od chwili wyciągnięcia jej z pożaru nie wypowiedziała ani jednego słowa.

Katie Maguire ponownie staje przed zagadką, od której rozwiązania zależy jej kariera i przyszłość w Gardzie. Jako jedna z niewielu kobiet na tak wysokim stanowisku w policji oraz ze względu na niechęć do podporządkowania się panującemu przekonaniu, że powinno się kryć „swoich”, nawet gdy zamiast stać na straży prawa, celowo je łamią, Maguire nie ma łatwego życia i musi nieustannie udowadniać swoją skuteczność. Sukcesy zawodowe nie idą niestety w parze z tymi w życiu osobistym, które w przypadku Katie jest pełne burz, tragedii i kryzysów.

Często chwaliłam postać głównej bohaterki, która wymyka się schematom, do jakich przyzwyczaili nas autorzy thrillerów. Po pierwsze, główny śledczy w powieści jest kobietą piastującą wysokie stanowisko. Po drugie, Katie jest pełna sprzeczności, a wyznawane przez nią zasady moralne nierzadko okazują się dość chwiejne. Tym razem jednak coś poszło nie tak. Czy to wynik nadmiernego stresu, czy też z innych przyczyn, ale Maguire zaczęła zachowywać się zwyczajnie nieracjonalnie. Podejmowane przez nią decyzje i to zarówno na polu zawodowym, jak i prywatnym, są delikatnie mówiąc dziwne i sprawiają wrażenie podyktowanych jakimś widzimisię, a nie zdrowym rozsądkiem.

Graham Masterton jest znany przede wszystkim z horrorów klasy B oraz mocno akcentowanych scen erotycznych. I o ile te ostatnie pojawiały się sporadycznie z poprzednich tomach cyklu, tak tym razem autor zdecydowanie się zagalopował. W Tańczących martwych dziewczynkach można więc znaleźć sceny takie jak gwałt zbiorowy, wymuszony stosunek oralny, seks w wydaniu tradycyjnym i trójkącik. Wszystko podane z detalami, o których zwyczajnie nie chce się czytać. Mało tego, opis tego jak główna bohaterka zabawia się z koleżanką i facetem zajmuje więcej miejsca niż niektóre kluczowe dla śledztwa wydarzenia. Więc ja się pytam, serio panie autorze? Gdybym miała ochotę na erotyk (a tak się raczej nie stanie, bo to totalnie nie moja bajka), to bym po niego sięgnęła. Chciałam przeczytać thriller, więc opisy „czerwonych żołędzi” (tfu tfu) naprawdę nie są mi do szczęścia potrzebne. Nic a nic.

O ile też sprawy seksu w różnych kombinacja się nasiliły, o tyle brutalne, często ociekające wręcz okrucieństwem opisy poczynań morderców są w zdecydowanym odwrocie. Owszem, Masterton nie oszczędza czytelnika i nie stawia na happy end, nie ma oporów przed tym, by skrzywdzić niewinnych, w tym dzieci (na kartach powieści, rzecz jasna, bo prywatnie to ponoć przesympatyczny i ciepły człowiek). Tym razem jednak obyło się bez momentów, które prawdziwie przyprawiają o ciarki. Czy to dobrze, czy niekoniecznie, zależy już od oczekiwań czytelnika.


Z racji tego, że powieść (poza drobnymi wątkami) stanowi niezależną historię, teoretycznie można czytać ją bez znajomości poprzednich tomów. Jest to jednak najsłabsza część cyklu, dlatego zdecydowanie nie polecam jej na początek znajomości ani z Katie, ani z Mastertonem. Jeśli znacie poprzednie losy pani nadkomisarz, zapewne po nią sięgnięcie. Mimo spadku formy autora, też nie mam zamiaru porzucać cyklu, mam jednak nadzieję, że kolejny tom będzie już znacznie lepszy.


Za egzemplarz książki do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Albatros.

Spodobał Ci się ten post? Nie przegap kolejnych, będzie mi miło, jeśli mnie polubisz :)
    

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

TOP 10: powieści Stephena Kinga

Wrzesień okrzyknęłam samozwańczo miesiącem Stephena Kinga, dlatego warto podsumować jego koniec zestawieniem najlepszych powieści Mistrza. A konkretnie, najlepszych w moim prywatnym rankingu. Ich kolejność jest bardzo umowna, bo uwielbiam wszystkie, a pewna jestem tylko pierwszej trójki, reszta mogłaby stanąć obok siebie na czwartym miejscu na podium.
1. "To" (moja recenzja)

Jedna z pierwszych powieści Kinga, jaką czytałam. Zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że nawet po latach nie czułam się komfortowo w towarzystwie klaunów, a już z pewnością nikt nie przekonałby mnie, że są zabawni i nieszkodliwi... Odświeżałam ją kilka miesięcy temu i mimo upływu lat, nadal zdała egzamin z przyprawiania o gęsią skórkę.

Top 10 najlepszych horrorów

31 października to dobry dzień, by sięgnąć po dobry horror. Do wieczora pozostało jeszcze kilkanaście godzin, macie więc czas na skombinowanie odpowiedniej książki. Po co warto sięgnąć?
Właściwie to mogłabym ułożyć cały ranking składający się z powieści Stephena Kinga. Jednak aby nie być monotematycznym, starałam się wybrać książki różnych autorów i w różnych klimatach. Łączy je jedno - groza i gwarantowane ciary na plecach podczas lektury.

Czym kolorować, czyli przegląd kredek, cienkopisów i wszystkiego, co koloruje.

Od kilku miesięcy relaksuję się w towarzystwie kolorowanek dla dorosłych. Zaczęło się od jednego egzemplarza „Art deco” oraz zestawu kredek szkolnych, a obecnie mój domowy arsenał rozrósł się do czternastu kolorowanek oraz kilku zestawów kredek, cienkopisów i mazaków. Dzisiaj dzielę się wrażeniami, co najbardziej mi się przydaje, a czego nauczyłam się unikać. Może Was zainspiruję? 
Narzędzi służących do kolorowania jest mnóstwo, poczynając od tradycyjnych kredek i farb, poprzez cienkopisy, a na żelowych długopisach kończąc. Sama korzystam z pięciu: 1.Kredki 2.Cienkopisy 3.Długopisy żelowe 4.Mazaki 5.Pastele