piątek, 10 listopada 2017

"Dożywocie" Marta Kisiel

Niespodziewany spadek po nieznanym wcześniej krewnym w postaci domu to gratka, na którą mało kto by się nie skusił. Początkujący pisarz Konrad Romańczuk widzi w tym zrządzenie losu, dzięki któremu jego Dzieło Życia w końcu powstanie, a on sam wyleczy rany po zakończonym związku z idealną, pięknooką Majką.

Czarowna bańka pryska, gdy położona w leśnych ostępach rezydencja okazuje się starym domem z upiorną gotycką wieżyczką. W dodatku noszącym wdzięczne miano Lichotka. Mało tego, zamieszkanym przez całe stado dożywotników nie z tego świata, w postaci anioła z uczuleniem na własne pierze i manią sprzątania, upiorem panicza o zacięciu romantyczno-poetycznym, stworze z czeluści samego zła o niebanalnym talencie kulinarnym i czterech utopcach. Przy takiej ferajnie Dzieło Życia powstaje jakby nieco wolniej, a sam Konrad prześlizgnąwszy się przez etapy szoku, zwątpienia i pogodzenia się z losem, chcąc nie chcąc dostosowuje się do specyficznych warunków i… dorasta. W końcu trzydzieści trzy lata to już pora ku temu najwyższa.

Dożywocie bawi, rozśmiesza i wciąga już od pierwszych stron. Niby nie ma tu jednej głównej intrygi, lecz nieustannie coś się dzieje. Podglądamy perypetie wesołej gromadki, która musi zmierzyć się z problemami mniejszego i większego kalibru, i która wkrótce powiększa się o nowego, uroczo wrednego i przebiegłego domownika. Każda strona powoduje wybuchy śmiechu, ba! zdarzają się akapity, że niedorzeczne chichranie wywołuje każde kolejne zdanie. Mogłoby to doprowadzić do przesytu i przerostu formy nad treścią, lecz nie w tym przypadku. Marta Kisiel włada słowem wyśmienicie, bawiąc się aluzjami, odniesieniami literackimi, ulicznym slangiem i wszystkim, co tylko wpadnie jej do głowy. I robi to naprawdę dobrze!

Jednocześnie, mimo że mamy do czynienia z czystej krwi komedią, spod gagów, śmieszków i zwykłych wygłupów nieco nieśmiało wyłania się głębsze przesłanie. Gdy damy prztyczka w nos wszechobecnemu dowcipowi i każemy mu na chwilę zamilknąć, zobaczymy historię o dojrzewaniu, które nie ma nic wspólnego z wiekiem, o przyjaźni i odpowiedzialności za tych, których bierzemy pod swoją opiekę. O miłości, która jest prawdziwa wtedy, gdy jest bezwarunkowa i nie polega na nieustannym dostosowywaniu się do oczekiwań drugiej osoby. A także o tym, czym jest szczęście. Takie prawdziwe, rozpierające serce i duszę.

We wznowieniu powieści czeka też na czytelników niespodzianka – premierowe opowiadanie Szaławiła, które pośrednio wiąże się z Dożywociem. Wprawdzie postaci są nowe, lecz miejsce, czas akcji i klimat podejrzanie znajome. Tekst jest stosunkowo krótki, ot lekko ponad 60 stron; jest to jednak 60 stron spożytkowanych nad wyraz dobrze. Z humorem, z polotem, ale i głębszą treścią kryjącą się pod tym barwnym płaszczem. Aż chciałoby się więcej!


Podsumowując, są książki, które się czyta. Są takie, które się męczy i odbębnia. Są takie, których się nie czyta, ale twierdzi, że się czytało. Są również takie, które się pochłania. Wprawdzie nie na raz, bo na to objętość nie pozwala, ale gdyby pozwalała, to ani potrzeby natury fizjologicznej by nie przeszkodziły, ani potrzeba snu. Takie jest właśnie Dożywocie. Pysznie dowcipne i dobre od początku do samego końca. Cudowny książkowy czasoumilacz i emocjonalna przytulanka, która poprawi każdy zły humor. Gorąco polecam!

Recenzja napisana dla portalu DużeKa.

Spodobał Ci się ten post? Nie przegap kolejnych, będzie mi miło, jeśli mnie polubisz :)
    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...