Przejdź do głównej zawartości

"Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki" Wolfgang Bauer

Wszyscy słyszeli o zbrodniach dokonywanych przez Al-Kaidę i Państwo Islamskie, natomiast Boko Haram praktycznie nie istnieje w zbiorowej świadomości, mimo że dorównuje im skalą przemocy i okrucieństwa, a może nawet je pod tym względem przewyższa.

Nigeria stosunkowo rzadko pojawia się w europejskich i amerykańskich programach informacyjnych, stąd niewiele wiemy o obecnej sytuacji w kraju, w którym aż wrze. Stosunkowo bogate południe kontrastuje z północą, uważaną za jeden za najbiedniejszych obszarów na świecie. To właśnie tam w 2002 roku narodziła się Boko Haram, islamska sekta, początkowo zupełnie ignorowana przez oficjalne władze. Wraz z objęciem przywództwa przez fanatycznego Abubakara Shekau częstotliwość i brutalność ataków znacznie się zwiększyła, a organizacja głośno nawołuje do świętej wojny i utworzenia w Nigerii kalifatu. W zaledwie kilka miesięcy udało im się opanować jedną piątą kraju, a ich wpływy nieustannie się zwiększają, wygląda też na to, że wojsko jest w starciu z nimi niemal bezradne.


O terrorystach zrobiło się głośno w kwietniu 2014 roku, gdy grupa tzw. bojowników (w praktyce zwykłych bandziorów-fanatyków) uprowadziła z internatu w mieście Chibok ponad dwieście siedemdziesiąt uczennic. Mimo że głośno potępiano ten czyn, a wielu znanych ludzi, w tym Michelle Obama, dopominało się o ich uwolnienie, do tej pory większość pozostaje w rękach porywaczy, a w sprawie Boko Haram nie zrobiono wiele, nie licząc smutnych zdjęć z odpowiednim hasztagiem publikowanych w mediach społecznościowych i szumnych deklaracjach, z których nic nie wynikło. Kilka dni temu terroryści wprawdzie uwolnili osiemdziesiąt dwie, dokonując wymiany z nigeryjskim rządem na aresztowanych działaczy sekty, jednak los ponad setki dziewcząt nadal jest nieznany.

Boko Haram skupia się na dwóch rodzajach ataków i trudno stwierdzić, który jest bardziej okrutny i przerażający. Po pierwsze, regularnie przeprowadzają zamachy, atakują i zdobywają kolejne wioski i miasta, szkolą kobiety i dzieci na zamachowców-samobójców i wysyłają ich w miejsca niedostępne dla bojówkarzy. Po drugie, bojówkarze regularnie porywają i gwałcą kobiety i dziewczynki, nie ukrywając przekonania, że muszą zaludnić kraj swymi potomkami, którzy przejmą ich poglądy.

Reportaż Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki to wstrząsające relacje kobiet i dziewcząt, którym udało się uciec porywaczom. Niektóre mają zaledwie kilkanaście lat, a powróciły z ukrytych w lesie obozów z dziećmi, których ojcami są ich oprawcy. Większość z uprowadzonych albo jest w ciąży, albo zostało matkami. Niemal wszystkie traktowane są jako podejrzane (mogły zostać poddane indoktrynacji) bądź odrzucane jako zbrukane i nieczyste. Ich dramat nie kończy się wraz z uwolnieniem, lecz nabiera innego, nie mniej tragicznego wymiaru. Co więcej, najczęściej wracają one do rodzinnych wiosek, w których w każdej chwili ponownie mogą pojawić się bojówkarze.

Opowieści kobiet są przerażające, mimo że same opowiadają o tym w sposób spokojny, czasem wręcz wyprany z emocji. Aż trudno jest sobie wyobrazić codzienność, w której nie ma ani chwili spokoju, gdy zawsze trzeba nasłuchiwać, czy nie nadchodzi wróg, gdy takim wrogiem może okazać się zwerbowany do sekty sąsiad. Gdy nie można zaufać oficjalnym władzom, często równie bezwzględnym co terroryści.

Jednocześnie gdzieś w tle historii relacjonowanych przez bohaterki reportażu, zwraca uwagę ogrom nędzy, w jakiej żyje ludność północnej Nigerii. Dla współczesnego Europejczyka są to warunki nie tylko trudne do zaakceptowania, ale wręcz przyjęcia do świadomości, że ktoś może w ten sposób egzystować. Jednocześnie, nie wiem, czy na skutek innej mentalności, czy życia w ciągłej biedzie i zagrożeniu, nie sposób nie dostrzec także równie ciężkich do zaakceptowania relacji rodzinnych, często pozbawionych głębszych więzi i uczuć. Wstrząsnęła mną opowieść nastolatki oddanej na wychowanie babce, która w chwili ataku Boko Haram porzuciła ją i uciekła, a potem nigdy nie zainteresowała się jej losem.


Podsumowując, reportaż Wolfganga Bauera to lektura wstrząsająca i trudna emocjonalnie, ale zdecydowanie warta uwagi. Choćby z tego względu, że o przedstawionych w nim wydarzeniach praktycznie nie mówi się głośno. A przecież w dobie takiego globalizmu jak obecnie, terroryzm stanowi problem nie tylko kraju, w którym się narodził, zwłaszcza gdy mowa jest o takim fanatyzmie, jaki przejawia Boko Haram. Oby nigdy nie stał się również naszym problemem.

Recenzja napisana dla portalu DużeKa.

Spodobał Ci się ten post? Nie przegap kolejnych, będzie mi miło, jeśli mnie polubisz :)
    

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

TOP 10: powieści Stephena Kinga

Wrzesień okrzyknęłam samozwańczo miesiącem Stephena Kinga, dlatego warto podsumować jego koniec zestawieniem najlepszych powieści Mistrza. A konkretnie, najlepszych w moim prywatnym rankingu. Ich kolejność jest bardzo umowna, bo uwielbiam wszystkie, a pewna jestem tylko pierwszej trójki, reszta mogłaby stanąć obok siebie na czwartym miejscu na podium.
1. "To" (moja recenzja)

Jedna z pierwszych powieści Kinga, jaką czytałam. Zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że nawet po latach nie czułam się komfortowo w towarzystwie klaunów, a już z pewnością nikt nie przekonałby mnie, że są zabawni i nieszkodliwi... Odświeżałam ją kilka miesięcy temu i mimo upływu lat, nadal zdała egzamin z przyprawiania o gęsią skórkę.

Top 10 najlepszych horrorów

31 października to dobry dzień, by sięgnąć po dobry horror. Do wieczora pozostało jeszcze kilkanaście godzin, macie więc czas na skombinowanie odpowiedniej książki. Po co warto sięgnąć?
Właściwie to mogłabym ułożyć cały ranking składający się z powieści Stephena Kinga. Jednak aby nie być monotematycznym, starałam się wybrać książki różnych autorów i w różnych klimatach. Łączy je jedno - groza i gwarantowane ciary na plecach podczas lektury.

Czym kolorować, czyli przegląd kredek, cienkopisów i wszystkiego, co koloruje.

Od kilku miesięcy relaksuję się w towarzystwie kolorowanek dla dorosłych. Zaczęło się od jednego egzemplarza „Art deco” oraz zestawu kredek szkolnych, a obecnie mój domowy arsenał rozrósł się do czternastu kolorowanek oraz kilku zestawów kredek, cienkopisów i mazaków. Dzisiaj dzielę się wrażeniami, co najbardziej mi się przydaje, a czego nauczyłam się unikać. Może Was zainspiruję? 
Narzędzi służących do kolorowania jest mnóstwo, poczynając od tradycyjnych kredek i farb, poprzez cienkopisy, a na żelowych długopisach kończąc. Sama korzystam z pięciu: 1.Kredki 2.Cienkopisy 3.Długopisy żelowe 4.Mazaki 5.Pastele