piątek, 17 lutego 2017

"Dziennik kasztelana" Evžen Boček

Dosyć niespodziewanie dla samej siebie odkrywam od niedawna uroki czeskiej literatury, która wcześniej istniała dla mnie przede wszystkim w postaci Miroslava Žambocha. Po bardzo pozytywnym spotkaniu z Młynem do mumii, postanowiłam sięgnąć po nieco inne, co nie znaczy gorsze, klimaty. Padło na Evžena Bočka, autora cieszącej się sporą popularnością Ostatniej arystokratki, i jego debiutancki Dziennik kasztelana.

Niczemu się tutaj nie dziwić…

Zmęczony wielkomiejskim życiem trzydziestopięcioletni Wiktor wyjeżdża z Pragi i obejmuje posadę kasztelana jednego z morawskich zamków. Wkrótce ma dołączyć do niego żona i pięcioletnia córeczka, a spokojne życie w nowych miejscu ma pomóc w zażegnaniu małżeńskiego kryzysu. Przynajmniej taki jest plan, bowiem w praktyce szybko okazuje się, że czego jak czego, ale ciszą i spokojem raczej w murach wiekowej budowli młodzi Czesi się nie nacieszą. Czeka ich za to spotkanie z dosyć nietypowym personelem, lekko makabrycznym odkryciem w jednej z sypialni i nocnymi odgłosami, które wymykają się racjonalnym wytłumaczeniom.

Wydawać by się mogło, że Dziennik kasztelana będzie więc typową, powielającą schematy opowieścią o nawiedzonym zamku z duchami w tle. Nic bardziej mylnego! Wiele można powiedzieć o tej książce, ale z pewnością nie da się jej łatwo przyporządkować do jednego gatunku. Owszem, mamy tu do czynienia z tajemnicami kryjącymi się w zamkowych murach. Owszem, słychać czyjeś kroki w zupełnie pustych pomieszczeniach (ale czy na pewno nikogo tam nie ma?). Owszem, Wiktor od pierwszego dnia ma poczucie, że z zamkiem jest coś nie tak. Owszem, na terenie posiadłości dochodzi do coraz większej liczby niewytłumaczalnych zjawisk, w tym niektórych krwawych, zwłaszcza gdy zdawać by się mogło, że zamek chroni siebie i swych mieszkańców. Więcej tu jednak niesamowitości niż grozy, zwłaszcza że cała historia przesycona jest specyficznym, ironicznym poczuciem humoru, które każe z przymrużeniem oka traktować wiele wydarzeń. Od razu jednak zastrzegam, że choć całość jest lekka to do komedii Dziennikowi… również jest bardzo daleko.

Pewnym minusem jest porzucenie przez autora wątków, którymi sukcesywnie rozbudzał wyobraźnię czytelnika, a które najzwyczajniej w świecie pozostały niewyjaśnione i zapomniane. Jakie tajemnice kryje Aleksander Ott? Co naprawdę dzieje się w zamkowych murach? Na część pytań nigdy nie otrzymamy odpowiedzi. O ile jednak pozostawia to uczucie niedosytu, o tyle nie jest on tak duży, jak mogłoby się wydawać, bowiem w zgrabny sposób to nieujawnianie wszystkich szczegółów dobrze komponuje się z zagadkowością zamku. Gdyby ograbić go ze wszystkich tajemnic, straciłby wiele uroku, prawda?

Mówiąc krótko, kolejne spotkanie z czeską powieścią zaliczam do wyjątkowo udanych, teraz czeka na mnie Ostatnia arystokratka i liczę na następną porcję wyśmienitej lektury. A tymczasem gorąco zachęcam Was do zagłębienia się w Dziennik kasztelana, który udowadnia, że opieka nad zamkiem nawet w dzisiejszych czasach nie jest łatwa, a stare mury kryją w sobie znacznie więcej niż widać na pierwszy rzut oka.

Za egzemplarz książki do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Stara Szkoła.

Spodobał Ci się ten post? Nie przegap kolejnych, będzie mi miło, jeśli mnie polubisz :)
    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...