Przejdź do głównej zawartości

"Szalona Misja" (recenzja)


Przerwa świąteczna to przede wszystkim czas wypoczynku i regeneracji sił – zarówno po całym roku, jak i wigilijnym obżarstwie. I tak właśnie upływały mi minione dni, zwłaszcza gdy wyruszałam na… „Szaloną misję”!




Szalona Misja
Liczba graczy: 2-5 osób
Wiek: od 8 lat 
Czas gry: 20 min. 
Wydawca: Rebel.pl
Projektanci: Laurent Escoffier, David Franck



Cel gry
W krainie Arkadii zamieszkanej przez Bziki (patrząc na ich mordki, nazwa jest w pełni trafiona) i rządzonej przez starego króla Fedora, trwa turniej, którego zwycięzca zostanie następcą władcy. By tego dokonać, musi przemierzyć siedem światów, a w każdym z nich zmierzyć się z przeciwnikami, Bzikami oraz… własną rękę i okiem. Do boju!

Opakowanie i zawartość
W solidnie wykonanym pudełku znajduje się:
  • 21 dwustronnych plansz z 42 poziomami
  • 5 przezroczystych ekranów
  • 5 podkładek pod ekrany
  • 5 zmazywalnych pisaków z gumkami
  • podkładka pod planszę poziomów
  • 30-sekundowa klepsydra
  • 5 znaczników punktacji
  • 5 żetonów postaci
  • 28 żetonów nagród (psikusy i supermoce)
  • 24 żetony kar
  • tor punktacji (umieszczony na pudełku)
  • instrukcja

Wszystkie elementy prezentują się solidnie, a dodatkową atrakcją są świetne, kolorowe grafiki z nieco przerysowanymi postaciami, które spodobają się zarówno młodszym, jak i starszym graczom. Jedynym wyjątkiem, na który muszę trochę ponarzekać, to pisaki. Na pierwszy rzut oka prezentują się bardzo pomysłowo i wygodnie się ich używa, ale niestety dołączone do nich gąbeczki dość szybko się niszczą.

Rozgrywka
Gdy pierwszy raz zerknęłam do instrukcji, trochę mnie przytłoczyła. Czasem mam wrażenie, że należę do jakiego przysłowiowego typu bab, które nie potrafią czytać instrukcji, nawet tych najprostszych, a przynajmniej czytać ze zrozumieniem. Szybko jednak przekonałam się, że zasady gry są banalnie proste, co wcale nie oznacza, że sama rozgrywka również taka jest.

W każdej rundzie gracze obserwują planszę przedstawiającą jeden z siedmiu światów (każdy podzielony jest dodatkowo na kilka poziomów). Przypominają one wyglądem przygodowe gry komputerowe, w jakie większość z nas grał w dzieciństwie, a może grywa również obecnie. Zadanie polega na tym, by obserwując planszę narysować na swojej podkładce jedną z trzech akcji:
  1. linię łączącą podane punkty
  2. okrąg dookoła wybranego przedmiotu
  3. punkty przypominające snajperskie cele.
Rysowanie drogi na podstawie oglądanego poziomu...
nie zawsze się udaje.
A tak to powinno wyglądać.

Myk polega na tym, że mamy na to 30 sekund (odmierza je klepsydra), a po nałożeniu naszego przezroczystego ekranu na planszę, narysowane linie muszą pokrywać się z tym, co się na niej znajduje. W pierwszych rundach jest to proste, ale z każdym kolejnym poziomem staje się coraz trudniejsze.

Dodatkowym utrudnieniem jest konieczność omijania wybranych elementów – wjechanie linią na choćby ich kontury skutkuje punktami ujemnymi bądź karami (spróbujcie rysować z zamkniętym okiem bądź trzymając mazak między kciukiem a małym palcem, a przekonacie się, że lepiej unikać kar jak ognia). Jednocześnie można też zdobyć ponadprogramowe punkty za trafianie na różnego rodzaju nagrody, a także zbierać żetony psikusów, które można podrzucić przeciwnikom.

Punkty zliczane są na koniec każdego poziomu, są dodawane za wykonanie misji i zdobycie dodatkowych przedmiotów, ale odejmowane za najechanie linią na zakazane miejsca bądź niezrealizowanie polecenia (a uwierzcie mi na niektórych planszach może to sprawiać problem). Zdarza się więc, że gracz kończy rundę z punktami ujemnymi, choć na szczęście nie musi wtedy cofać swojego pionka i jedynie tkwi w tym samym miejscu. Zwycięża oczywiście osoba, która na koniec rozgrywki posiada zdobyła najwięcej punktów.


Podsumowanie
„Szalona misja” spodobała mi się już od pierwszej rozgrywki. Zresztą nie tylko mnie, ale nawet tych członków rodziny, którzy zwykle widząc mnie zbliżającą się z kolejną planszówką, uciekają z domu bądź nagle stają się bardzo zajęci. Gra skierowana jest wprawdzie głównie do dzieci w wieku 8+, ale zapewnie mnóstwo frajdy także dorosłym graczom. Pomaga ćwiczyć pamięć i spostrzegawczość, może też zachęcić młodszych do zostawienia na chwilę komputera i przekonania się do gier planszowych. Gorąco polecam, świetna zabawa gwarantowana!

Plusy:
+ oryginalny pomysł
+ proste zasady
+ stopniowany poziom trudności
+ gra skierowana zarówno dla dzieci, jak i dorosłych (młodsi nie potrzebują tu dawania im forów)
+ cudne grafiki
+ solidne wykonanie

Minusy:
- gąbeczki do wycierania dość szybko się niszczą

Za egzemplarz gry do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Gier Rebel.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

TOP 10: powieści Stephena Kinga

Wrzesień okrzyknęłam samozwańczo miesiącem Stephena Kinga, dlatego warto podsumować jego koniec zestawieniem najlepszych powieści Mistrza. A konkretnie, najlepszych w moim prywatnym rankingu. Ich kolejność jest bardzo umowna, bo uwielbiam wszystkie, a pewna jestem tylko pierwszej trójki, reszta mogłaby stanąć obok siebie na czwartym miejscu na podium.
1. "To" (moja recenzja)

Jedna z pierwszych powieści Kinga, jaką czytałam. Zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że nawet po latach nie czułam się komfortowo w towarzystwie klaunów, a już z pewnością nikt nie przekonałby mnie, że są zabawni i nieszkodliwi... Odświeżałam ją kilka miesięcy temu i mimo upływu lat, nadal zdała egzamin z przyprawiania o gęsią skórkę.

Top 10 najlepszych horrorów

31 października to dobry dzień, by sięgnąć po dobry horror. Do wieczora pozostało jeszcze kilkanaście godzin, macie więc czas na skombinowanie odpowiedniej książki. Po co warto sięgnąć?
Właściwie to mogłabym ułożyć cały ranking składający się z powieści Stephena Kinga. Jednak aby nie być monotematycznym, starałam się wybrać książki różnych autorów i w różnych klimatach. Łączy je jedno - groza i gwarantowane ciary na plecach podczas lektury.

Czym kolorować, czyli przegląd kredek, cienkopisów i wszystkiego, co koloruje.

Od kilku miesięcy relaksuję się w towarzystwie kolorowanek dla dorosłych. Zaczęło się od jednego egzemplarza „Art deco” oraz zestawu kredek szkolnych, a obecnie mój domowy arsenał rozrósł się do czternastu kolorowanek oraz kilku zestawów kredek, cienkopisów i mazaków. Dzisiaj dzielę się wrażeniami, co najbardziej mi się przydaje, a czego nauczyłam się unikać. Może Was zainspiruję? 
Narzędzi służących do kolorowania jest mnóstwo, poczynając od tradycyjnych kredek i farb, poprzez cienkopisy, a na żelowych długopisach kończąc. Sama korzystam z pięciu: 1.Kredki 2.Cienkopisy 3.Długopisy żelowe 4.Mazaki 5.Pastele