Przejdź do głównej zawartości

"A.B.C." Agatha Christie

We wrześniu bieżącego roku wypadła 125. rocznica urodzin jedynej prawdziwej i niekwestionowanej królowej kryminału, Agathy Christie. Podobnie jak urodziny Stephena Kinga, tak i to święto uczciłam sięgając po powieść jubilatki. Tym razem padło na A.B.C., czytałam je wprawdzie bardzo dawno temu (jak zresztą większość książek, jakie wyszły spod pióra Brytyjki), ale przyznaję bez bicia, że szczegóły fabuły oraz zakończenie zupełnie wywietrzały mi z głowy, dlatego też lektura była niemalże dziewicza.

Zasłużony wypoczynek Herculesa Poirota zostaje przerwany listem od człowieka, który rzuca mu wyzwanie i ostrzega, że w określonym dniu dokona zbrodni w miasteczku Andover. Wkrótce okazuje się, że podpis anonima A.B.C. nie jest przypadkowy, szaleniec zaczyna bowiem mordować w porządku alfabetycznym, kierując się zarówno nazwiskiem ofiary, jak i miejscem jej zamieszkania. Wydaje się też, że jedynym motywem zabójcy jest chęć utarcia nosa słynnemu detektywowi. I jest w tym naprawdę dobry, ponieważ na miejscach zbrodni nie pozostają żadne ślady, a lista ofiar zaczyna się niepokojąco wydłużać.

Uwielbiam powieści Agathy Christie, szczególnie te z Herculesem Poirotem, który od lat pozostaje moim absolutnie ulubionym literackim detektywem, deklasując nawet Sherlocka Holmesa, do którego swoją drogą również mam słabość. Mały Belg, narcystyczny i przekonany (nie bez podstaw) o własnej wyjątkowości, a jednocześnie obdarzony nieprzeciętną inteligencją i delikatnością uczuć, nadaje każdej powieści, w której występuje, charakteru i uroku. Nie posiada tego panna Marple, mimo że również ją lubię, ani tym bardziej Tommy i Tuppence, bohaterowie pozostałych kryminałów Christie.

W A.B.C. Poirotowi przyjdzie się zmierzyć z seryjnym mordercą, jest to więc pewna nowość w prowadzonych przez niego sprawach, zwykle dotyczą one bowiem zbrodni rodzinnych, popełnianych w domach, gdzie grono potencjalnych podejrzanych jest ograniczone do kilku bądź kilkunastu osób. Mimo że od samego początku czytelnik poznaje zamysły mordercy, z którymi ten wcale się nie kryje, zakończenie jest naprawdę zaskakujące, a jednocześnie przemyślane i logiczne. W pewnym momencie można odnieść wrażenie, że pisarka poszła na łatwiznę i zbyt wcześnie zdradziła, kto jest zabójcą, ale nic bardziej mylnego, nie dajcie się zwieść (ja się dałam i bardzo mi było potem wstyd…).

Po raz kolejny, właśnie dzięki powieści Agathy Christie, przekonałam się, że klasyczny angielski kryminał nie traci na jakości i świeżości mimo upływu lat. A ten konkretny gorąco polecam wszystkim miłośnikom gatunku!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

TOP 10: powieści Stephena Kinga

Wrzesień okrzyknęłam samozwańczo miesiącem Stephena Kinga, dlatego warto podsumować jego koniec zestawieniem najlepszych powieści Mistrza. A konkretnie, najlepszych w moim prywatnym rankingu. Ich kolejność jest bardzo umowna, bo uwielbiam wszystkie, a pewna jestem tylko pierwszej trójki, reszta mogłaby stanąć obok siebie na czwartym miejscu na podium.
1. "To" (moja recenzja)

Jedna z pierwszych powieści Kinga, jaką czytałam. Zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że nawet po latach nie czułam się komfortowo w towarzystwie klaunów, a już z pewnością nikt nie przekonałby mnie, że są zabawni i nieszkodliwi... Odświeżałam ją kilka miesięcy temu i mimo upływu lat, nadal zdała egzamin z przyprawiania o gęsią skórkę.

Top 10 najlepszych horrorów

31 października to dobry dzień, by sięgnąć po dobry horror. Do wieczora pozostało jeszcze kilkanaście godzin, macie więc czas na skombinowanie odpowiedniej książki. Po co warto sięgnąć?
Właściwie to mogłabym ułożyć cały ranking składający się z powieści Stephena Kinga. Jednak aby nie być monotematycznym, starałam się wybrać książki różnych autorów i w różnych klimatach. Łączy je jedno - groza i gwarantowane ciary na plecach podczas lektury.

Czym kolorować, czyli przegląd kredek, cienkopisów i wszystkiego, co koloruje.

Od kilku miesięcy relaksuję się w towarzystwie kolorowanek dla dorosłych. Zaczęło się od jednego egzemplarza „Art deco” oraz zestawu kredek szkolnych, a obecnie mój domowy arsenał rozrósł się do czternastu kolorowanek oraz kilku zestawów kredek, cienkopisów i mazaków. Dzisiaj dzielę się wrażeniami, co najbardziej mi się przydaje, a czego nauczyłam się unikać. Może Was zainspiruję? 
Narzędzi służących do kolorowania jest mnóstwo, poczynając od tradycyjnych kredek i farb, poprzez cienkopisy, a na żelowych długopisach kończąc. Sama korzystam z pięciu: 1.Kredki 2.Cienkopisy 3.Długopisy żelowe 4.Mazaki 5.Pastele