środa, 30 września 2015

"Wojna w Blasku Dnia. Księga II" Peter V. Brett

Wojna w Blasku Dnia. Księga II
Peter V. Brett
Fabryka Słów, 2013
Wojna w Blasku Dnia trwa, w Polsce nieco dłużej niż w pozostałych krajach, bowiem - podobnie jak pozostałe tomy Cyklu Demonicznego - została rozbita i wydana w dwóch częściach, z dużą szkodą dla obydwóch z nich.

Zarówno w Zakątku Wybawiciela, jak i Lennie Everama trwają przygotowania do Nowiu, podczas którego ma dojść do największego od wieków ataku Otchłańców. Ludzie coraz lepiej radzą sobie z walką z demonami, pojawiającymi się na ziemi wraz z nastaniem ciemności, teraz jednak przyjdzie im zmierzyć się ze znacznie gorszym przeciwnikiem – demonami umysłu, dla których zwykłe runy obronne nie stanowią żadnej przeszkody ani zagrożenia. Jedynie Arlen i Jardir są w stanie stawić im czoła, jednak ze względu na wydarzenia z przeszłości, ich konfrontacja zdaje się nieunikniona, a tym samym dalsze losy świata stają pod znakiem zapytania.

W oryginale obydwie Księgi stanowią spójną całość. Pierwsza spokojna i pełna retrospekcji przybliża historię Inevery, wpływowej i obdarzonej magiczną mocą żony Jardira, niewiele wnosząc do bieżącego rozwoju fabuły. W drugiej wydarzenia nabierają tempa, a liczne zwroty akcji nadają jej bardzo dynamicznego charakteru, który pieczętuje dosyć zaskakujące zakończenie. Czytane razem dobrze się uzupełniają, natomiast oddzielnie i w dużym odstępie czasu, tracą połowę sensu. Za każdym razem narzekam na tę praktykę Fabryki Słów i szczerze liczę, że w końcu ją zmienią i zaczną bardziej szanować swoich czytelników, bo zaowocuje to ostatecznie spadkiem słupków sprzedaży, czyli rezultat będzie odwrotny od zamierzonego.

Trudno jest oceniać powieść, która jest w zasadzie połową całości, w tym przypadku jest to jednak ta lepsza połowa. Akcja w końcu posuwa się do przodu, a wydarzenia nabierają tempa. Nadchodzi długo wyczekiwany Nów i walka z Otchłańcami, a akcent zostaje ponownie położony na Arlena i Jardira, a nie na ich towarzyszy, choć i oni odgrywają tu znaczące role. Jednocześnie, nawet biorąc pod uwagę obydwie Księgi Wojny w blasku dnia, wyraźnie widać spadek formy autora. Całość spokojnie można by skrócić o połowę, rezygnując z wielokrotnie powtarzanych retrospekcji oraz czasem wręcz łopatologicznego wyjaśniania czytelnikowi intencji bohaterów. W zamierzeniu Cykl Demoniczny miał być trylogią, potem autor zdecydował się na pięcioksiąg, co może tłumaczyć wrażenie pisania środkowego tomu na siłę. Szkoda, bo daje to poczucie zmarnowanego potencjału naprawdę świetnego pomysłu. Malowany Człowiek, który otwiera serię, to jedna z moich ulubionych powieści fantastycznych w ogóle, kolejne części to już niestety jazda w dół po równi pochyłej i znak, że autor chce wycisnąć ze swojego sukcesu jak najwięcej.

Zacznijmy od tego, co zasługuje na pochwałę. Przede wszystkim pomysł walki z Otchłańcami, choć przez niektórych uważany za wtórny, osobiście odbieram jako oryginalny i to właśnie on przede wszystkich przykuł moją uwagę już od pierwszego tomu. Podoba mi się również fakt, że trudno znaleźć w powieści postać jednoznacznie pozytywną, czy negatywną. Generalnie można podzielić bohaterów na dwa wrogie obozy – mieszkańców Północy oraz pochodzących z Południa Krajan. W oczach jednych ci drudzy są albo złem wcielonym, albo nieudolnymi tchórzami, jednak czytelnik mając okazję poznać motywy postępowania obydwu stron, z pewnością dostrzeże racje i intencje, jakimi się kierują. Dotyczy to zarówno całych nacji, jak i konkretnych postaci. Sprawia to, że można ich lepiej zrozumieć, a jednocześnie trudniej osądzać niektóre z ich posunięć (choć niestety, niektórym zdarza się czasem postępować po prostu idiotycznie). Jestem również ciekawa tego, jak potoczą się wydarzenia w następnym tomie, ponieważ zakończenie sugeruje poważny zwrot w fabule.

Z drugiej strony, nie bez przyczyny Wojna w Blasku Dnia wypada znacznie słabiej niż poprzednie tomy cyklu. Po pierwsze, wiele fragmentów jest niepotrzebnie rozciągniętych i przegadanych, co sprawia, że napięcie spada i można się zwyczajnie zacząć nudzić. Po drugie, autor niepotrzebnie uparł się, by powtarzać wiele informacji, które czytelnik zna już z wcześniejszych powieści (skoro sięgnął po trzeci tom cyklu, to chyba powinien przeczytać również pierwszy i drugi, prawda?), co również niepotrzebnie rozwleka fabułę i nuży. Po trzecie, coraz bardziej odnoszę wrażenie, że mimo brutalności i scen seksu zawartych w powieści, jest ona skierowana głównie do nastolatków. Trudno uwierzyć, by dorosła osoba z powagą czytała przewijający się co kilkanaście stron mini-dialog „Kocham cię, Arlenie Bales. – Kocham cię, Renno Tanner”. Rozumiem miłość, pasję i tak dalej, ale ile można i to w taki harlequinowy sposób, a już zwłaszcza gdy dookoła trwa bitwa na śmierć i życie, a demony wyciągają flaki z kolejnych poległych.

Podsumowując, jestem lekko rozczarowana kierunkiem, w jakim podąża cała seria, choć nie ukrywam, że sięgnę po kolejne tomy, żeby przekonać się, jak zakończy się ta historia. Cykl Demoniczny to swego rodzaju fenomen, bardzo popularny, a jednocześnie bardzo nierówny. Mam ogromną nadzieję, że Tron z czaszek okaże się powrotem do formy z Malowanego Człowieka.

Za egzemplarz książki do recenzji serdecznie dziękuję księgarni BookMaster

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...