„Ostatnie życzenie” / „Miecz przeznaczenia” Andrzej Sapkowski

Po zawodzie, jaki sprawił mi „Sezon burz”, w głowie zaświtała mi bardzo niepokojąca myśl, że może moje wyobrażenie o Wiedźminie i ślepe zauroczenie były w głównej mierze wyidealizowanym obrazem pierwszej książki fantasy, jaka trafiła w moje ręce. Zwłaszcza, że miało to miejsce piętnaście lat temu (ostatnie zdanie wymazujemy w pamięci, mocno wierząc, że nadal mam osiemnaście lat).


Aby ostatecznie przekonać się, czy moja miłość i uwielbienie dla Geralta przetrwałyby ponowną konfrontację po latach, miniony weekend spędziłam zanurzona w „Ostatnim życzeniu” i „Mieczu przeznaczenia”. I powiem krótko – uwielbiam go jeszcze bardziej, choć mogłoby się to zdawać niemożliwe. Już pierwsze strony sprawiły, że poczułam się jak w domu, dając się porwać nie tylko klimatowi opowiadań, ale i kunsztowi języka – plastycznego, ironicznego i ostrego niczym wiedźmiński miecz (i w niczym nie przypominającego stylu pisania z tfu tfu „Sezonu burz”!).

Niewtajemniczonym (choć podejrzewam, że nie ma ich zbyt wielu, a jeśli są - jest to pokolenie znacznie młodsze) należy się kilka słów wyjaśnienia. „Ostatnie życzenie” i „Miecz przeznaczenia” to zbiory opowiadań wprowadzających czytelnika w świat przypominający nasze średniowiecze, w którym magia jest żywa, a którego mieszkańcy nękani są przez potwory – te prawdziwe, jak wampiry, strzygi i inne tałatajstwo, oraz te kryjące się w ludzkiej skórze. Przed pierwszymi bronią ludźmi wiedźmini, wojownicy poddawani w dzieciństwie serii brutalnych i bolesnych eksperymentów, w wyniku których zyskują niezwykłe umiejętności, ale za które płacą wysoką cenę – jako mutanci są spychani na sam margines społeczeństwa. A najsłynniejszym wiedźminem jest Geralt z Rivii, wyłamujący się stereotypowi bezwzględnej, pozbawionej uczuć maszynki do zabijania. 

To właśnie od „Miecza przeznaczenia” zaczęła się przed laty moja przygoda z fantastyką. Była to pierwsza książka z tego gatunku, która dosyć przypadkowo wpadła w moje ręce. Pamiętam jakby to było dziś, jak z niecierpliwością śledziłam kolejne strony chcąc więcej i więcej. Sapkowski zachwycił mnie wtedy przede wszystkim niesamowitym pomysłem, lekkim językiem, dowcipem i wplataniem w fabułę baśniowych wątków w taki sposób, że na żadną baśń nie patrzyłam już potem tak samo. Ani na krasnoludy. Na runiczne inskrypcje na mieczach też nie.

Myliłby się jednak ten, który w opowiadaniach o Wiedźminie widziałby jedynie zabawne, lekkie historyjki. Owszem, wiele scen wywołuje niepowstrzymany rechot, znacznie więcej jest jednak fragmentów, które może nie tyle przygnębiają, co każą przejrzeć na oczy i dostrzec ludźmi takimi, jacy są. A niestety rzadko jest to obraz napawający nadzieją. Autor z niezrównanym kunsztem nie tylko odmalował sylwetki głównych bohaterów, zwłaszcza Geralta, ale i pokazał ciemną stronę ludzkiej natury, z chciwością, obłudą i zakłamaniem na czele. 

Lata mijają (pierwsze wydanie ukazało się 1992 r.), ale pozycja Wiedźmina jest niezachwiana. Żadna z powieści czy zbioru opowiadań, jakie miałam okazję poznać, nawet nie zbliżyła się do tego, co stworzył Sapkowski. I pewnie przez długi czas nie pojawi się nikt, kto będzie w stanie to zrobić. Oby tylko autor pozostawił go w spokoju i nie rozmieniał na drobne kolejnymi nowymi pomysłami.

Przede mną odświeżanie pięcioksięgu powieści, już mi ślinka cieknie, ale postanowiłam się tą przygodą delektować, więc pewnie przeczytacie o niech dopiero za pewien czas. A tymczasem Was zachęcam do sięgnięcia po opowiadania, nieważne czy po raz pierwszy, czy dziesiąty, Wiedźmina nigdy dość! 

Komentarze

  1. Ach te młodzieńcze fascynacje...

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak już pisałam wcześniej opowiadania znam jedynie ze słuchowiska, ale oczarowały mnie i to bardzo :) Możliwe, że skuszę się też na książki, ale zrobię to za jakiś czas, żeby sprawdzić czy i w moim przypadku magia zadziała po raz kolejny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytaj, czytaj, jestem pewna, że w tej wersji spodobają Ci się jeszcze bardziej :)

      Usuń
  3. Ah ten Wiedźmin :-) Im jestem starsza tym bardziej doceniam, że swoją młodość spędziłam przy takich klasykach literatury fantasy. Żałuję, że współcześnie coraz ciężej o takie pełnokrwiste fantasy, chociaż sklamałabym, gdybym powiedziała, że się nie zdarzają. Na pewno jednak w mniejszych i mniej imponujących ilościach niż dawniej :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. "Ostatnie życzenie" znam prawie na pamięć. Stworzyłam sobie taką małą tradycję i czytam tę część w każde wakacje. Teraz, kiedy udało mi się zdobyć na własność dwa kolejne tomy, postanowiłam sobie do końca roku odświeżyć serię :D
    sklep-z-pamiatkami.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Lata świetlne minęły odkąd po raz pierwszy czytałam Wiedźmina :) Na szczęście 2-3 lata temu zrobiłam sobie powtórkę i okazało się, że Sapkowskiego czyta się świetnie. "Sezon burz" to niestety odgrzewane kotlety :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, teraz mam wyjątkowo przejrzyste porównanie, bo opowiadania przeczytałam kilka dni po "Sezonie" i nijak się do nich nie umywa...

      Usuń
  6. Odpowiedzi
    1. Ehh... Dzieci, dzieci... tzn. ah Geralt... :)

      Usuń
    2. Kochana, nie powiesz mi, że raz czy dwa nie zdarzyło Ci się do niego westchnąć w trakcie lektury ;)

      Usuń
  7. Przeczytałam tylko pierwszą część sagi i niestety nie odnalazłam się w tej lekturze. Może kiedyś zaryzykuję drugie podejście :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie czytałam nic Sapkowskiego wstyd,,,

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz