środa, 15 października 2014

"Piąta fala" Rick Yancey

Piąta fala, Rick Yancey
Otwarte, 2013
Ludzie od lat próbowali wyobrazić sobie pierwszy kontakt z przybyszami z kosmosu. Czy miała to być przyjacielska wymiana uprzejmości, czy raczej wizja z „Dnia Niepodległości”, tego nie wiedział nikt. Do czasu. 

Gdy na niebie pojawił się olbrzymi statek-matka, okazało się, że obcym nie zależy na żadnym kontakcie, a na całkowitej eksterminacji ludzi. W końcu, po co mieliby dzielić się urodzajną planetą z niepotrzebnymi szkodnikami.

Inwazja nie nastąpiła natychmiast, ale czterema falami, z których każda pochłaniała kolejne ofiary. Zniszczenie technologii, powodzie, zmutowany śmiertelny wirus i „przebudzenie” agentów obych najeźdźców w ciałach kluczowych dla świata ludzi sprawiły, że w ciągu kilkunastu tygodni populacja ludzi skurczyła się o ponad 97%. Teraz nadchodzi piąta fala, zapewne ostatnia, bo nikt nie będzie miał szansy jej przetrwać. Niektórzy będę jednak usilnie tego spróbować.


Jestem lekko rozczarowana, spodziewałam się ciosu między oczy, porywającej powieści wybijającej się na tle innych, a dostałam ze wszech miar poprawną, ale nie zachwycającą młodzieżówkę. Owszem, na tle innych powieści skierowanych do młodego czytelnika, wypada dobrze i zasługuje na uwagę choćby z tego względu, że zgrabnie łączy science fiction z post-apokalipsą, ale szału nie ma i żadnej, wstydliwie skrywanej części ciała mi nie urwało podczas lektury. Sprawdzałam kilkukrotnie.

Zacznijmy od tego co dobre. Współczesna literatura młodzieżowa (na marginesie, ta przeznaczona dla dorosłych również) przypomina nieustające odgrzewanie kotleta. Gdy sukces odniósł romans paranormalny, nastąpił wysyp powieści z wampirami, aniołami i demonami rozkochanymi w nastolatkach. Potem przyszła fala powieści dystopijnych nadal w znacznej mierze będących romansami. Kolejnym hitem były „Igrzyska śmierci”, choć na ich temat szerzej się nie wypowiem, bo nadal czekają na półce w stanie nietkniętym. Nie było jednak kosmitów (z wyjątkiem „Intruza” Stephanie Meyer) i tę właśnie lukę postanowił wypełnić Rick Yancey. Jego wizja obcych jest naprawdę pomysłowa i – jakkolwiek paradoksalnie to zabrzmi – wiarygodna. Żadnych zielonych czułek, przerośniętych głów czy stworków przypominających E.T. 

Jak wspomniałam, „Piąta fala” łączy w sobie wątki post-apokaliptyczne z science fiction, zachowując między nimi dobre proporcje, a dodatkowo okraszając je wątkiem romantycznym – odnoszę wrażenie, że bez niego powieść młodzieżowa po prostu nie może istnieć. Autor dość obrazowo przedstawia świat, w którym na ludzkości nagle przeprowadzono masową eksterminację. Ponadto, pomimo mankamentów, o których mowa będzie za chwilę, powieść naprawdę wciąga. Może nie od pierwszych stron, ale po którymś z kolei rozdziale zdałam sobie sprawę z tego, że naprawdę chcę dalej zagłębiać się w tę historię i poznać jej zakończenie. 

Wydarzenia przedstawione są z punktu widzenia czworga bohaterów – szesnastoletniej Cassie, niewiele od niej starszego chłopaka Zombie, tajemniczego Evana oraz pięcioletniego Sammy’ego, przy czym nacisk położony został na pierwszą dwójkę. Jak łatwo się domyśleć dosyć szybko wyłoni się z tej grupy miłosny trójkąt (choć nie wszystkie osoby bezpośrednio do niego należące, będę tego świadome). Jest to niestety popularny schemat, choć na szczęście nie tak ckliwy i infantylny jak w wielu innych młodzieżówkach.

Tym, co najbardziej kuleje w powieści, jest postać Cassie, która w rankingu najbardziej irytujących i sztampowych bohaterek powinna zająć jedno z czołowych miejsc. Przed inwazją była zupełnie zwyczajną nastolatką, by nie rzec szarą myszką cicho wzdychającą do szkolnego ciacha, i przez pierwsze rozdziały aż do znudzenia próbuje przekonać o tym czytelnika zasypując go ckliwymi wynurzeniami naiwnego dziewczęcia. Gdy zostaje zmuszona do walki o przetrwanie, zmienia się w prawdziwą twardzielkę, choć maska ta spada na widok pierwszego przystojniaka, który ratuje ją z opresji. Zdecydowanie nie jest to postać, jaką postawiłabym za przykład młodym czytelniczkom.

Podsumowując, jako powieść młodzieżowa „Piąta fala” bardzo dobrze spełnia swoje zadanie – ma interesującą fabułę, pomysłowe zwroty akcji, kilka wzruszających momentów i zawiera przesłanie, że prawdziwa przyjaźń i miłość nie giną nawet w obliczu apokalipsy. Warto mieć jednak na uwadze, że dorośli czytelnicy szukający frapującej powieści s-f nie znajdą w niej jednak zbyt wiele odkrywczych elementów.

24 komentarze:

  1. Trochę szkoda. Miałam plan, by tę książkę przeczytać, bo bardzo lubię tematykę kosmitów i apokalipsy. Gdyby ktoś napisał książkę podobną do serialu "Falling Skies", może miałoby to ręce i nogi. Jesteś drugą osobą, u której w ostatnim czasie przeczytałam, że jesteś tą książką zawiedziona. Mnie to chyba wystarczy, żeby skreślić ją z listy "do przeczytania".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może jestem już za stara na młodzieżówki i to dlatego? Generalnie jest niezła, temu nie przeczę, ale zachwycić mnie nie zachwyciła. Natomiast do "Falling Skies" cały czas sięprzymierzam, ostatnio w ogóle nie oglądam żadnych seriali, a ten prezentuje się nieźle :)

      Usuń
  2. To chyba pierwsza tak zdystansowana opinia o tej książce :-) Faktycznie młodzieżówki często są schematyczne, i chyba nikt tu nic mądrego nie wymyśli. Szkoda, że trochę się rozczarowałaś tą powieścią, ja jej dam szansę, zobaczymy jak u mnie się przyjmie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cały czas się łudzę, że trafię na młodzieżówkę, która zbije mnie z nóg, ale jeszcze na taką nie trafiłam. Mimo to nadal lubię po nie sięgać. "Piąta fala" nieco mnie zawiodła, bo spodzieałam się czegoś absoultnie zachwycającego - taka nie była, ale jest porządną lekturą, więc próbuj śmiało ;)

      Usuń
  3. Na fali, nomen omen, zachwytów i entuzjastycznych zapowiedzi kupiłam sobie tę książkę jakiś czas temu. I w sumie spodziewałam się (bo nieufna baba ze mnie), że będzie tak, jak piszesz - żadnej części ciała nie urwie, choć na tle innych młodzieżówek całkiem ok. Wniosek dla mnie taki, że śpieszyć się z lekturą nie będę, ale jak mnie najdzie na coś w tym stylu - to książka czeka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie też przeleżała dosyć długo, a teraz w końcu po nią sięgnęłam z okazji premiery drugiego tomu. Jeśli najdzie Cię ochota na młodzieżówkę - sięgaj po nią bez strachu :)

      Usuń
  4. No cóż, niestety nie mogę się z Tobą zgodzić względem tej książki, dla mnie była fenomenalna, a odgrzewane kotlety są niestety niemal wszędzie. W moich oczach Rick Yancey odgrzał je jednak w taki sposób, że w ogóle mnie to nie wadziło. No ale każdy ma inny gust :) Czekam na recenzje "Bezkresnego morza", wspominałaś u mnie, że bardziej Ci się drugi tom podobał, ciekawa jestem szczegółów, bo wydaje się, że zupełnie odwrotynie odebrałyśmy te dwie książki :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Notka już gotowa, będzie w piątek. Faktycznie, ciekawa sprawa, że odebrałyśmy te książki odwrotnie :) Mnie w pierwszej części strasznie irytowała postać Cassie i to głownie ona zaważyła na tym, że druga część spodobała mi się bardziej - bardziej odpowiadał mi nacisk położony na Ringer :)

      Usuń
    2. Mnie Cassie nie irytowała hehe xD Ale, uwaga, RÓWNIEŻ bardzo mocno mi przypadła do gustu Ringer. Yey! W czymś jednak się zgodziłyśmy hehe :)

      Usuń
    3. To nie wszystko - podoba mi się także sama wizja inwazji obcych ;)

      Usuń
  5. Fakt, Cassie jest trochę irytująca, jednak bardzo podoba mi się pomysł, dlaczego nastąpiła apokalipsa i jak to się stało, niezwykła wyobraźnia :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ta seria jeszcze przede mną, ale widzę, że będę zadowolna

    OdpowiedzUsuń
  7. Dla mnie ta książka była prawdziwym odkryciem i jak dla mnie była naprawdę cudowna. Aż szkoda, że Ciebie tak nie porwała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też żałuję. Myślę, że mogłam mieć trochęzbyt wysokie oczekiwania i dlatego spodziewałam się czegoś absolutnie powalającego...

      Usuń
  8. Szkoda, że nie jest tak rewelacyjna jak ją wszem i wobec głoszono, ale i tak przeczytam. Aczkolwiek obiło mi się o uszy, że druga część jest gorsza, i to dużo, od pierwszej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Druga część już za mną i... podobała mi się bardziej niż pierwsza ;) Jutro się podzielę wrażeniami :)

      Usuń
  9. Kiedy czytam książki, które podrzuca mi córka, zawsze biorę poprawkę na swój wiek. Zupełnie inaczej odbiera się książkę mając naście lat, a inaczej mając już spory bagaż doświadczeń życiowych za sobą:) Jako, że nie mam nastu lat, więc czytając wyobrażam sobie, że mam:D I z takim podejściem ta książka mi się podobała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz bardzo dobre podejście :) Często też staram się właśnie w ten sposób podchodzić do młodzieżówek, no ale cóż, nie zawsze się udaje ;)

      Usuń
  10. Nie czytałam zbyt wiele tzw. młodzieżówek, ale "Piąta fala" zdecydowanie wybija się przed szereg, jeśli chodzi o warsztat pisarski autora. Druga część również jest na wysokim językowo poziomie (jak na młodzieżówkę oczywiście :)). Moje odczucia po lekturze obu książek są chyba nieco bardziej entuzjastyczne, może dlatego, że całkiem niedawno czytałam osławioną "Marę Dyer", która (i tu posypią się na mnie gromy od fanów) zrobiła na mnie dość negatywne wrażenie. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to powieść dla nastolatków napisana przez nastolatkę, która stawia pierwsze kroki jako pisarka... W porównaniu z "Piątą falą" "Mara..." wypadła gorzej niż miernie. Masz może na uwadze "Bezkresne morze"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już nawet je przeczytałam :) I podobało mi się bardizej niż pierwsza część, jutro podzielę się wrażeniami. Podejrzewam, że poczułam zawód przy "Piątej fali" z powodu strasznie nakręconej fali zachwytów - spodziewałam się więc absolutnie zachwycającej książki. Przyznaję jest dobra i faktycznie pozytywnie się wybija na tle innych, ale aż takiego szału nie robi.
      Natomiast "Mary Dyer" nie znam i szczerze mówiąc pierwszy raz o niej słyszę.... ;)

      Usuń
    2. O widzisz, mnie "Bezkresne morze" też się podobało dużo bardziej niż pierwsza część. Niestety, strasznie szybko "przeleciałam" przez tę książkę i nie zdążyłam się nią w pełni nacieszyć :)

      Niestety, pewną wadą blogosfery jest to, że jak już się naczytasz wielu pozytywnych recenzji jakiejś powieści, to potem podchodzisz do niej niczym do jakiegoś cuda, a tu zonk. Tak miałam właśnie z książką Hodkin "Mara Dyer. Tajemnica". Przyznam, że zaskoczyłaś mnie mocno tym, że o niej nie słyszałaś, bo przez blogosferę właśnie się przetacza spora fala recenzji tej książki :)

      Usuń
    3. Ostatnio nie miałam zbyt często okazji, by buszować po innych blogach, więc może dlatego mnie to ominęło :)

      Usuń
  11. Mój brat również zawiódł się na tej książce. Przygotował się na kawał dobrej literatury s-f, a dostał pospolitą młodzieżówkę.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...