środa, 4 czerwca 2014

"Marzycielka z Ostendy" Eric-Emmanuel Schmitt

Tytuł Marzycielka z Ostendy
Autor Eric-Emmanuel Schmitt
Wydawnictwo Znak 
Data wydania 2009

Stron 256
Chyba powoli przejada mi się proza Schmitta. Dotąd w ciemno sięgałam po jego książki i za każdym razem przeżywałam prawdziwą czytelniczą ucztę, tym razem jednak kolejne spotkanie odbyło się już bez fajerwerków...

"Marzycielka z Ostendy" to zbiór pięciu opowiadań, z których trzy poznałam już wcześniej po lekturze "Historii miłosnych". Nie rozumiem tego nieustannego powielania się utworów autora w różnych książkach w nieco tylko zmienionych kombinacjach. Może to jeden z powodów, dla których zaczynam odczuwać nie przyjemność, a lekką irytację?

Dwa pierwsze teksty – tytułowa „Marzycielka z Ostendy” oraz „Zbrodnia doskonała” – to właśnie te znane mi już wcześniej. Należą do moich ulubionych opowiadań, jakie wyszły spod pióra Schmitta. Pierwsze to opowieść o starej, sparaliżowanej kobiecie, która zwierza się swemu lokatorowi, że gdy była młodą dziewczyną, miała romans z księciem, którego poznała na pobliskiej plaży. Czy ta historia wydarzyła się naprawdę, czy jest to jedynie wytwór wyobraźni samotnej kobiety, której jedynymi towarzyszami przez wiele lat były piętrzące się w salonie książki? Z kolei drugi opowiada o kobiecie, która po trzydziestu latach szczęśliwego małżeństwa z zimną krwią morduje znienawidzonego męża. Dopiero dwuletni pobyt  w areszcie skłania ją do przeanalizowania prawdziwego powodu, który pchnął ją do popełnienia tej zbrodni. Zakończenie tej historii ściska za serce i na pewno długo jej nie zapomnicie.

Kolejny tekst - „Ozdrowienie” – jest tak bardzo w stylu autora, że nawet gdyby znalazł się z zbiorze nieopatrzonym jego nazwiskiem, nie można by mieć wątpliwości, czyją ręką został napisany. Jego główną bohaterką jest zaniedbana i niepewna siebie młoda pielęgniarka, która pod wpływem jednego z pacjentów zaczyna odkrywać swoją kobiecość i otwiera się na świat. Natomiast „Kiepskie lektury” to lekkie i nieco ironiczne spojrzenie na pewnego profesora żywiącego graniczącą wręcz z obsesją niechęć do beletrystyki i fikcji literackiej. Niestety, jego „nawrócenie” w kierunku literatury popularnej kończy się tragicznie.

Jedyną pomyłką w tym zbiorze jest ostatni, króciutki utwór „Kobieta z bukietem”, który również znalazł się wcześniej w „Historiach miłosnych”. Zabrakło mi w nim puenty, przesłania, ot wyszła z niego taka zwykła zapchajdziura.

Jest bardzo prawdopodobne, że gdybym nie znała wcześniej wspomnianych już opowiadań, zbiór ten zachwyciłby mnie na równi choćby z „Trucicielką”. Tym razem zabrakło mi powiewu świeżości, a dwa nowe teksty, choć poprawne i przyjemne, nie zachwyciły mnie tak, jak to zwykle bywa z prozą Schmitta. A może zwyczajnie zaczęłam dostrzegać, że jego opowiadania oscylują nieustannie wokół tych samych tematów? W najbliższych czasie chyba odpocznę od jego twórczości, może dzięki dłuższej przerwie, będę potrafiła cieszyć się jego opowiadaniami z dawnym entuzjazmem.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter

21 komentarzy:

  1. Miałam w planach Schmitta, ale mnie Gavalda wciągnęła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede mną jeszcze Calmel, ale chyba w drugiej połowie miesiąca :)

      Usuń
  2. Ja miałam podobne wrażenia już nie tylko przy okazji "Marzycielki...", ale i "Trucicielki", niestety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od "Trucicielki" zaczęłam przygodę ze Schmittem i mnie zachwyciła, ale chyba co za dużo, to niezdrowo...

      Usuń
  3. Tak czasami się zdarza, że czyjaś twórczość zaczyna brzydnąć, tym bardziej jeśli autor idzie nieustannie tym samym torem, a jego książki są do siebie podobne... Ja na razie nie poczułam tego do powieści Schmitta, więc mam nadzieję, że niebawem jakąś przeczytam, chociażby właśnie "Marzycielkę z Ostendy", bo jestem ciekawa swoich wrażeń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu trzeba go sobie dawkować w rozsądnych porcjach ;)

      Usuń
  4. Jeżeli chodzi o tego autora to czytałam tylko "Oskara i panią Różę". Do innych jego książek mnie jakoś nie ciągnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. WYbrałaś jedną z jego najpiękniejszych opowieści :)

      Usuń
  5. W moim odczuciu Marzycielka jest słaba, ale na szczęście Schmitt ma na swoim koncie kilka świetnych dzieł :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie da się ukryć, za coś go w końcu bardzo polubiłam ;)

      Usuń
  6. Czytałam trzy książki spod pióra tego autora i jestem oczarowana. Jedna z nich była zbiorem opowiadań. Podoba mi się styl, to że używa prostego języka, a mimo to pod słowami zawsze kryje się puenta. Trzy książki to zdecydowanie za mało, żeby dojść do podobnych wniosków, co Ty, ale wierzę Ci na słowo. Każdy potrzebuje czasami wytchnienia od swojego ulubionego autora, a i on miewa słabsze okresy. Przerobiłam to z Kingiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To było moje dziewiąte spotkanie ze Schmittem, więc może dlatego doszłam do takich wniosków...Natomiast Kinga łykam w każdych dawkach :)

      Usuń
  7. Lubie tego autora, chociaż przeczytałam jego 2 książki, może faktycznie trzeba odpocząć by nabrać dystansu.

    OdpowiedzUsuń
  8. Lubię Schmitta, ale w małych dawkach. Muszę od niego odpocząć i potem sięgam po kolejną książkę. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Koleżanka mi ostatnio polecała. Czas najwyższy wybrać się do biblioteki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli jeszcze nie czytałaś Schmitta, to pewnie Ci się spodoba.

      Usuń
  10. Nie przepadam za opowiadaniami. Choć może kiedyś się skuszę na tą książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet kiedy doszłam do etapu irytacji prozą Schmitta, nie mogę odmówić mu jednego - jest mistrzem krótkiej formy, więc akurat opowiadania w jego przypadku powinny Ci się spodobać.

      Usuń
  11. Wciąż krążę wokół tego pisarza, ale nie mogę się zdecydować, czy warto. Cóż, zobaczymy, co z tego wyniknie :)
    nowy blog: http://zakurzone-stronice.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...